A Kind Of Magic

A Kind Of Magic Tej płyty miało nie być. Przynajmniej nie w 1986 roku. Po wydaniu albumu WORKS i trasie jej promującej zespół miał wziąć przerwę. W dodatku atmosfera, już nie najlepsza podczas nagrywania poprzedniej płyty, pod koniec japońskiego tourne jeszcze się pogorszyła. Ale... zdarzyło się Live Aid.

Legendarny koncert charytatywny przeszedł w wykonaniu Królowej do historii jako najlepsze 25 minut kiedykolwiek przez kogokolwiek zagranych na żywo. Zespół zdaniem wielu przyćmił wszystkie inne gwiazdy tego dnia, udowadniając - także sobie! - jak jeszcze wielki potencjał w nich drzemał. Żelazo postanowiono kuć póki było gorące. Postanowiono nagrać nowy album.

W tym samym czasie do zespołu zgłosił się reżyser filmowy Russell Mulcahy z propozycją nagrania muzyki do filmu który właśnie kręcił - „Highlander” (u nas „Nieśmiertelny”). Po obejrzeniu kilku minut surowego materiału zwłaszcza Brian zapalił się do pomysłu - na tyle, że w drodze z pokazu do domu napisał główny temat miłosny.

W odróżnieniu od roku 1980 zespołowi nie uśmiechała się perspektywa pracy nad dwoma projektami równocześnie. Podjęto więc decyzję, iż należy nagrać takie piosenki, które będą nie tylko typowymi utworami Queen, ale również będą pasować do obrazu filmowego. Jako że sesja nagraniowa dla filmu odbyła się wcześniej, piosenki z „Nieśmiertelnego” są krótsze (tak, by pasowały do obrazu) ale też i surowsze. Kiedy zespół przystąpił do kompilowania swojego dwunastego longplaya dopisano kilka utworów, kilka wydłużono, kilka przearanżowano. Jednak mimo tej pozornej dbałości o szczegóły i jakość nie do końca się udało skompletowanie dobrego albumu - piosenki nagrywano w różnych miejscach i z różnymi producentami (David Richards i po raz ostatni na płycie Królowej Mack) - i to słychać. Po raz kolejny mamy muzyczny misz-masz, po raz kolejny utwory poukładane są na płycie niemal na chybił-trafił, po raz kolejny chyba przesadzono z wygładzaniem brzmienia. I po raz kolejny mamy do czynienia z sytuacją w której niektóre piosenki są naprawdę niezłe - jednak cała płyta naprawdę okropna.

Album otwiera całkiem zgrabne One Vision, utwór napisany jeszcze przed podjęciem pracy nad „Nieśmiertelnym”, jako reakcja zespołu na udany występ podczas Live Aid. Niestety, ta napędzana AC/DC-podobnym riffem piosenka tonie w morzu syntezatorów, elektronicznej perkusji. Niby niczego nie brakuje - ale (co udowodniły koncerty zespołu) po raz kolejny surowsza wersja brzmiała zdecydowanie lepiej. Także gitara mogłaby być trochę bardziej drapieżna, trochę bardziej uwypuklona w miksie.

A Kind Of Magic to kolejny przebój Rogera Taylora. Kolejny wielki hit (na poprzednią płytę perkusista napisał przecież Radio Ga-Ga), kolejna niezła melodia - i kolejna koszmarna aranżacja. Riff basu jest bez wątpienia słodki, kilka zagrywek gitarowych Briana jest najwyższej klasy, w radio piosenka brzmiała wyśmienicie, tylko... czy tego oczekuje się od jednego z najlepszych rockowych zespołów wszech czasów? Tym bardziej, że filmowy oryginał był dużo lepszy, dużo ciekawszy; na albumie znalazł się dopiero niemal całkowicie zmieniony przez Freddiego. Z ilością sprzedanych egzemplarzy singla nie można dyskutować, ale trzeba zauważyć, iż takimi naiwnymi i niczym nie ryzykującymi piosenkami zespół coraz bardziej oddalał się od swoich rockowych korzeni. Czasy weny i bezkompromisowych rozwiązań wydawały się bezpowrotnie skończone; muzyka była skierowana do szerszej - a w związku z tym mniej wymagającej - publiczności.

One Year Of Love to już rejony Michaela Boltona; nudna, rzewna ballada oparta głownie na klawiszach, z solo na saksofonie, bez ŻADNEGO udziału Briana; John chyba był kompletnie znudzony rockiem jako że już na drugą płytę z rzędu przyniósł kompozycję nieprzewidującą udziału Maya - a i na HOT SPACE Brian o solo w Back Chat musiał walczyć. W dodatku kompozycji nie pomaga fakt, iż Freddie momentami przesadza ze swoją manierą wokalną, drąc się w niebogłosy, imponując skalą, ale równocześnie celując w najniższe gusta. Aż serce ściska świadomość, iż zespół kiedyś potrafił nagrać przejmujące i piękne melodie bez uciekania się do banału. Tutaj banału jest co niemiara.

Pain Is So Close To Pleasure jest jeszcze gorsze. Freddie prawie cały utwór śpiewa felsetem (co dla wielu może być bardzo irytujące, niemal tak irytujące jak te co gorsze nagrania Bee Gees), głównym instrumentem są znowu klawisze (jeszcze bardziej irytujące - próbujące imitować trochę motown i nagrania... Diany Ross?), w dodatku perkusja niemal w całości jest zaprogramowana zaś pierwsze dźwięki gitary słyszymy dopiero w połowie utworu (na chwilkę) i pod koniec (trochę dłużej). Pytanie - po co w zespole Brian i Roger? Mamy do czynienia z najlepszymi instrumentalistami w swoim fachu - a pierwsze skrzypce gra wynajęty klawiszowiec Spike Edney.

Dalej jest niewiele lepiej. Friends Will Be Friends to na siłę nagrany następca We Are The Champions. Pełen patosu hymn traktujący o urokach posiadania przyjaciół. Tyle że wielki przebój z roku 1977 miał jakiś naiwny urok; czuć było, iż w tej bombastyczności jest jakieś poczucie humoru i że sam zespół do końca nie traktuje się zbyt poważnie. W roku 1986 nowa piosenka jest już tylko naiwna, niezwykle banalna i pełna pozbawionego dystansu do siebie samej patosu. Gitara jest ładna. Perkusja jest ładna. Bas jest ładny. Wokal jest ładny. Wszystko jest ładne. Aż ma się ochotę wyrzucić odtwarzacz przez okno. Nie w pięknie jest problem - ale w środkach jakimi się je osiąga. A tutaj po raz kolejny piosenka jest skierowana do jak najmniej od muzyki wymagającego słuchacza.

Wydawałoby się, że płyta jest kompletnie niepotrzebna, zupełnie zbędna. W tym momencie zdarza się 5 pięknych minut. Utwór Who Wants To Live Forever generalnie ratuje cały album. Znowu pełen patosu, ale też po raz pierwszy na tym krążku obecna jest jakaś szczerość przekazu. Zespół przeszedł samych siebie aranżacyjnie, zatrudniając orkiestrę, nagrywając refren tak potężnie jakby zaśpiewał go cały chór. Równocześnie jest to piękna melodia, chwytająca za serce - a dawno na longplayu Queen takiego utworu nie było!

Potem mamy powrót do rockowych korzeni. Gimme The Prize jest dynamiczne, drapieżne, dość ciężkie, solo na gitarze imitujące szkockie dudy jest rewelacyjne - a jednak piosenka nie należy do najlepszych w karierze zespołu. Melodia nie wydaje się wybijać poza przeciętność, Freddie po raz kolejny na tym albumie śpiewa jakby „za bardzo”, drąc się w niebogłosy; brzmienie perkusji jest okropnie plastikowe... choć nie tak plastikowe jak w następnym utworze - dynamicznym ni to pop ni to disco Don’t Lose Your Head, mogącym przywołąć skojarzenia z tematem z Miami Vice... Gościnny udział Joan Armatrading jest tylko i wyłącznie ciekawostką, a jedynym jaśniejszym punktem tego utworu jest moment w którym pod koniec odzywa się gitara Maya i całość nabiera rumieńców... po to tylko by zaraz ulec wyciszeniu.

Dopiero na sam koniec otrzymujemy kolejny utwór dla którego można posiadać ten album - w Princes Of The Universe jest dynamika, wiele aranżacyjnych smaczków, świetny wokal Mercury’ego, zabójcze riffy Maya - i perkusja brzmi nawet w końcu dobrze! Wiele wokalnych ozdobników, ciekawa konstrukcja - czego chciać więcej? Może więcej takiej klasy utworów w zestawie...

Reasumując - ten album jest bez wątpienia najsłabszym w katalogu zespołu. Jednym z największych atutów Queen było poczucie humoru; albumy z lat 70 pełne były pretensjonalnych rozwiązań, zespół przez całą karierę balansował na granicy kiczu - jednak mrugając okiem do słuchacza, nie traktując siebie do końca poważnie zawsze wychodził ze wszystkich niemal rozwiązań i pomysłów z twarzą. Nikt inny nie odważyłby się nagrać wodewilowych utworów zaraz obok niemal metalowych kompozycji - na płytach Królowej znaleźć można było wszystko. Był w tym niesamowity urok, dający zespołowi niemal nieograniczone możliwości twórcze. Tutaj jednak tego składnika zabrakło. Słuchając poszczególnych utworów trudno odnaleźć jakikolwiek cień dystansu do własnej twórczości, a już zwłaszcza Freddie zdaje się śpiewać wszystko jak popadnie patetycznie, nadinterpretując wokalnie dość słabe nawet jak na Queen teksty... Każdy słuchacz wymagający czegoś więcej niż muzycznego odpowiednika serialu „M jak Miłość” powinien ten album zostawić sobie na później, jako uzupełnienie kolekcji - tym bardziej, że te lepsze utwory znajdują się bez wyjątku na GREATEST HITS II oraz GREATEST HITS III. Longplay ten raczej nikogo nie przekona do geniuszu muzycznego tej czwórki brytyjskich muzyków, jest raczej dowodem na to, iż w latach 80 rzeczywiście przechodzili oni twórczy kryzys.

CIEKAWOSTKI

Wersje filmowe niektórych utworów prezentują się ciekawiej od tych albumowych. Surowsze, drapieżniejsze - wydają sie bardziej szczere. Ciekawe jest Who Wants To Live Forever zaśpiewane w całości przez Mercury’ego (na płycie pierwszą zwrotkę śpiewa May), także A Kind Of Magic prezentuje sie jako ciekawie zaaranżowana (zupełnie inaczej) popowa kompozycja. Nawet One Year Of Love wydaje się odrobinę subtelniejsze (choć tylko odrobinę). W filmie znajduje się bardzo krótka ciekawostka, Królewska wersja utworu Sinatry New York - niestety ten fragment nie został nigdy ukończony. Podczas pracy nad płyta zespół nagrał pierwotną wersje utworu Heaven For Everyone (miała również znaleźć się w filmie); odrzucona - znalazła sie w dwa lata później na albumie The Cross (projekt Taylora) by potem kolejny raz przearanżowana ostatecznie trafić na wydane po śmierci Mercury’ego MADE IN HEAVEN. Wśród kolekcjonerów krążą plotki o kompozycji Johna Deacona Friends In Pain, demie Who Wants To Live Forever zaśpiewanym w całości przez Briana oraz utworze Mercury’ego Love Makin’ Love, nagranego pierwotnie przez Freddiego jako demo solo (sesja „Mr Bad Guy”). Na amerykańskiej wersji singla Pain is So Close To Pleasure umieszczono dłuższą wersję tego utworu, z dodatkowym (dobrym!) solo na gitarze. Dodatkowymi piosenkami na CD były dwa zupełnie zbędne remiksy (A Kind Of A Kind Of Magic i Friends Will Be Friends Will Be Friends) oraz urokliwa, fortepianowa wersja Who Wants To Live Forever (Forever).

Zobacz też: dyskusja na temat płyty na forum queen.pl

Powrót do strony głównej