The Works

The Works Eksperyment z roku 1982 się nie powiódł. Dość radykalna zmiana kierunku muzycznego na płycie HOT SPACE spotkała się z ostrą reakcją fanów, album nie sprzedawał się tak dobrze jak poprzednie wydawnictwa zespołu. Grupa postanowiła po raz pierwszy w karierze wziąć aż rok przerwy. Poszczególni muzycy skupili się na własnych projektach, odpoczywając od siebie nawzajem i zastanawiając się nad przyszłością Queen. Po powrocie do studia okazało się, że atmosfera ciągle pozostawiała wiele do życzenia - postanowiono więc pójść na kompromis. Kompromis z artystycznego punku widzenia fatalny. Głównym obiektem niesnasek w zespole były pieniądze - uzgodniono więc, iż każdy z członków zespołu może umieścić konkretną liczbę piosenek. Oznaczało to jednak, że jeśli ktoś miał wyjątkowo twórczy okres- musiał swoje kompozycje poświęcić na rzecz tejże umowy. Postanowiono także, iż czas skończyć z eksperymentami, nagrać płytę bezpieczną, na której znajdą się wszystkie charakterystyczne dla Queen elementy. Album nazwano The Works - w slangu znaczy to ni mniej ni więcej tylko „wszystkiego po trochę”.

Rzeczywiście, fani w roku 1984 otrzymali istny miszmasz. Niestety, tak to zwykle bywa, ze jeśli zjemy za dużo różnych przysmaków na raz - robi nam się niedobrze. O ile Queen nagrywało ZAWSZE bardzo eklektyczne albumy, tak tutaj brakowało tej spójności, jaka cechowała A NIGHT AT THE OPERA czy nawet JAZZ. Produkcja Macka 20 lat po wydaniu albumu brzmi archaicznie i sprawia, iż poszczególne piosenki wydają się banalne. A nie zawsze tak jest.

Otwierające album Radio Ga-Ga to znany wszystkim fanom hymn. Utwór bogaty aranżacyjnie, o dość skomplikowanej konstrukcji, podany jednak w niezwykle przystępnej formie. Melodia niesamowicie szybko wpada w ucho, faktem jednak jest, że refren nie każdemu może przypaść do gustu... Mimo wszystko jest to rewelacyjny utwór, którego pełny potencjał pokazały koncerty zespołu. Bardziej rockowa wersja sceniczna porywała stadiony, tak jak kilka lat wcześniej We Are The Champions. W wielu krajach singiel ten doszedł do samego szczytu list przebojów. Zasłużenie.

Dalej jest jednak gorzej. Tear It Up to typowy dla Briana rocker, z niezłym nawet riffem - wszystko psuje jednak produkcja i przeokropne brzmienie perkusji. Refren może nawet porwać (zwłaszcza harmonie wokalne), ale weny zabrakło jakby w trakcie pisania zwrotek... W dodatku utwór kończy się ni w pięć ni w dziewięć tuż po (niespecjalnie porywającym) solo gitarowym.

Chyba najlepszym utworem na płycie i najbardziej nawiązującym do starego brzmienia zespołu jest It's A Hard Life. Piękna melodia niesiona brzmieniem pianina, z rewelacyjnym solo na gitarze (podobno Freddie zanucił Brianowi dokładnie, co ten miał zagrać), z przebogatą, wielowarstwową produkcją, opartą jednak na tradycyjnie brzmiących instrumentach. Gdyby takich utworów na tej płycie było więcej... Niestety, chwilę potem otrzymujemy Man On The Prowl - schematyczny rock and roll z dużą dozą energii, nic jednak więcej nie wnoszący, sprawiający wrażenie napisanego na siłę, pozbawiony naiwnego uroku dawnego hitu Crazy Little Thing Called Love z THE GAME... Machines prezentuje się niewiele lepiej. Tym razem melodia jest całkiem ciekawa (zwłaszcza refrenu) - psuje ją jednak produkcja i aranżacja, które próbę czasu zniosły bardzo źle. Może gdyby gitara została trochę bardziej wyeksponowana kosztem elektroniki byłoby ciekawiej - mniej pasowałoby do tekstu, ale za to brzmiałoby lepiej...

I Want To Break Free to kolejna już rewelacyjna melodia, jak zwykle u Johna bardzo prosta i urokliwa, jednak kolejna zniszczona ubogą aranżacją i bardzo modnym wtedy brzmieniem. Modnym wtedy, niezwykle słabo prezentującym się po latach. Kompozycja stała się wielkim hitem na całym świecie, świetnie pasując do panujących wówczas mód - nie można się jednak oprzeć wrażeniu, iż zespół niegdyś wyznaczający standardy, teraz gonił za popularnością. John przeforsował nawet pomysł by gitarowe solo zostało zastąpione przez syntezator i nagle zabrakło jednego z najważniejszych przez lata składników brzmienia Królowej... O tym, że piosenka sama w sobie była niezła świadczyły po raz kolejny występy zespołu na żywo - odarta z syntezatorów, zagrana z rockową werwą była mocnym punktem każdego koncertu.

Keep Passing The Open Windows brzmi jak solowy utwór Mercury'ego, ma nawet niezłą melodię, prostą i dlatego porywającą linię basu i ciekawe zmiany tempa - zdaje się jednak być za długi (przerost formy nad treścią), po raz kolejny zawodzi produkcja (skoro już odwołanie do klasycznego brzmienia zespołu- gitara / pianino- to po co elektroniczna perkusja i irytujące syntezatory?). Ciekawe przynajmniej jest solo na gitarze, jedno z najlepszych na tej płycie.

Hammer To Fall to jeden z najlepszych utworów hard-rockowych jakie Brian kiedykolwiek napisał - tym bardziej jednak może irytować „plastikowa” produkcja, zwłaszcza nieszczęsnej perkusji, która zamiast dodać piosence ciężaru i dynamiki kompletnie kompozycji nie służy. Sam utwór, nawiązująca trochę do stylu AC/DC, jest rewelacyjny - genialnie prosty riff, solo na gitarze pełne weny i rockowego ognia, harmonie wokalne w refrenie zadowolą każdego fana mocnego grania, śpiew Mercury'ego doskonale pasujący do całości. Tym trudniej zaakceptować brzmienie - a żeby przekonać się jak wielki potencjał tkwi w piosence wystarczy wysłuchać jakiegokolwiek scenicznego jej wykonania.

Płytę zamyka spokojna ballada, na akustyczną gitarę i głos Is This The World We Created...? Przejmujący tekst, smutna i pełna zadumy melodia, rewelacyjny występ wokalny Mercury'ego - nie jest to jednak arcydzieło, raczej ładnie brzmiąca ciekawostka, utwór jakich wiele.

Największym chyba mankamentem tego wydawnictwa jest właśnie produkcja. W latach 70. grupa wyznaczała standardy i łamała wszelkie bariery, czego koronnym dowodem są takie wydawnictwa jak QUEEN II czy A DAY AT THE RACES. Płyta WORKS wydaje się gonić za panującymi w pierwszej połowie lat 80 modami i próbuje schlebiać gustom ówczesnej publiczności. Od zespołu odpowiedzialnego niegdyś za takie perły jak Flick Of The Wrist, Death On Two Legs czy choćby nawet Bohemian Rhapsody można i chyba należy oczekiwać więcej. Inną irytującą rzeczą jest brak spójności - utwory nie tworzą tak jak to kiedyś bywało jednej całości, płyta jest po prostu zbiorem piosenek nagranych w tym samym mniej więcej czasie, wrzuconych razem na chybił trafił do jednego worka. Gdyby słuchać tego albumu z włączoną funkcją „shuffle” (odtwarzacz sam wybiera kolejność) - nie byłoby chyba w tym wszystkim żadnej różnicy - rzecz absolutnie nie do pomyślenia w przypadku poprzednich wydawnictw grupy.

Czy tej płycie należy się więc miano najgorszego albumu w historii zespołu? Chyba nie - A KIND OF MAGIC wydaje się być jeszcze gorsze. Było nie było jest tutaj kilka piosenek, które stały się przebojami, które mają naprawdę mocne melodie i które znakomicie prezentowały się na żywo. Na pewno jednak należy się temu krążkowi miano najgorzej wyprodukowanego - przebrnięcie przez archaicznie plastikowe brzmienie wydaje się zadaniem trudnym, zwłaszcza dla fanów rockowego grania i dla tych którzy pokochali wcześniejsze dokonania zespołu. Płyta sprzedawała się rewelacyjnie i przysporzyła zespołowi nowe rzesze fanów - na zawsze jednak zmieniła oblicze Królowej. Od tego momentu przeciętnemu fanowi muzyki pop Queen kojarzyło się nie z wyrafinowanymi kompozycjami i pełnymi weny twórczej aranżacjami. Od tego momentu Queen dla całej rzeszy szerokiej publiczności stało się zespołem grającym miła dla ucha muzyczkę w stylu Radio Ga-Ga, czy I Want To Break Free, kojarzonego nie z innowacyjnościa lecz z listami przebojów. Obraz, którego zespołowi nie udało się pozbyć przez następnych siedem lat, aż do płyty INNUENDO. Zdaniem wielu, ten album zupełnie pozbawił zespół wielkiej renomy i rozmienił ją na drobne - na chwilowe uwielbienie mas, sukces na listach przebojów i schlebienie ówcześnie panującym modom. Lepiej zaopatrzyć się w GREATEST HITS II, te lepsze piosenki z tej płyty i tak tam są, na dodatek niektóre (I Want To Break Free) w ciekawszych wersjach.

Freddie Roger Brian John

CIEKAWOSTKI:

Zespół nagrał bardzo dużo materiału w tamtym okresie i nie można się oprzeć wrażeniu, iż niektóre odrzucone pomysły prezentowały się lepiej od tych zawartych na płycie. To właśnie podczas tamtej sesji doszło do spotkania zespołu z Rodem Stewartem i Jeffem Beckiem, co zaowocowało zarysem utworu Let Me Live, przez fanów odkrytego dopiero w 11 lat później na płycie MADE IN HEAVEN. Podczas prac nad WORKS zespół próbował kilku kompozycji Mercury'ego, które ten później nagrał solo - Love Kills, Man Made Paradise, There Must Be More To Life Than This. Ten ostatni został nagrany w kompletnej formie i miał zamykać wydawnictwo, w ostatniej chwili zamieniony na Is This The World.... A propos Is This The World... - zespól próbował także dużo bogatszej aranżacyjnie wersji, z pianinem i gitarą. Nie wiadomo jednak, czy ta w archiwum przetrwała, mówi się, ze na taśmie nagrano później coś innego... Innym nieznanym utworem z tamtego okresu jest piosenka Let Me In Your Heart Again autorstwa Briana, podobno niezwykle piękna; dociekliwym fanom znana będzie późniejsza wersja nagrana przez partnerkę Briana, Anitę Dobson której ten kompozycję podarował. Również nigdy światła dziennego nie ujrzała piosenka Victory, którą później Mercury próbował (również nieskutecznie) nagrać z Michaelem Jacksonem.

Stroną B singla Radio Ga Ga był nie umieszczony na płycie utwór I Go Crazy autorstwa Briana - ciekawy, o niebo lepszy od Tear It Up - jednak zespół Maya przegłosował i I Go Crazy na krążku próżno szukać.

Pod koniec roku zespół postanowił nagrać piosenkę specjalnie na Święta - kompozycja Thank God It's Christmas została wydana na singlu, nie odniosła jednak wielkiego sukcesu. Nie ma się czemu dziwić - nie jest zbyt oryginalna.

Warto również poszukać 12 calowych wersji utworów It's A Hard Life i Hammer To Fall. Ten ostatni, nazwany Headbangers Mix zawiera jeszcze więcej gitar i - TAK!- trochę żywej perkusji. Dowód na to, jak to wszystko MOGŁOBY wspaniale się prezentować...

Zobacz też: dyskusja na temat płyty na forum queen.pl

Powrót do strony głównej