Hot Space

Hot Space Rok 1980 przyniósł wiele zmian - zespół przede wszystkim zerwał z długoletnią tradycją nie używania syntezatorów, ale też zdecydowanie uprościł brzmienie, na bardziej popowe, bardziej przystępne. Z liczbami nie można było dyskutować - ten ruch się opłacił, single z albumu THE GAME odniosły ogromny sukces, longplay sprzedawał się rewelacyjnie, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych. Największym sukcesem była piosenka, której jako singiel zespół nawet nie planował wydawać! Another One Bites The Dust miało okazać się najlepiej sprzedającym utworem w historii Królowej.

Bites The Dust było utworem jak na Queen nietypowym - funkowy, taneczny rytm, oszczędna aranżacja, prawie brak gitary, sucha gra perkusji... Słuchając nagranego w 1981 roku kolejnego albumu studyjnego zespołu nie można się oprzeć wrażeniu, że to właśnie ta piosenka była główną inspiracją, wręcz szablonem... Rok 1982 przyniósł fanom dziesiąty studyjny album zespołu - Hot Space. Nagrany w Monachium, po raz kolejny wyprodukowany przez Macka - szokował...

W latach 70. zespół nagrywał każdy możliwy muzyczny styl, czyniąc go jednak swoim. Eklektyzm grupy szedł w parze z umiejętnością zachowania własnej tożsamości - to właśnie dlatego na jednej płycie mogły znaleźć się tak różne piosenki jak Stone Cold Crazy czy Bring Back That Leroy Brown (SHEER HEART ATTACK) a jednak ciągle brzmiało to spójnie. Na HOT SPACE zespół sięgnął po bardziej taneczne rytmy - dla wielu fanów ich wcześniejszego oblicza to było już zdradą samą w sobie... Trzeba jednak przyznać, iż po raz pierwszy grupa nie odcisnęła swojego piętna na wykorzystanych stylach. Zespół, niegdyś wyznaczający nowe standardy, zawsze zachowujący swoje oblicze wobec jakiejkolwiek obranej stylistyki tym razem skupił się na naśladowaniu tego, co w muzyce w tamtym okresie zaczynało się dziać. Wielu krytyków nazywa tę płytę taneczną, funkową - nie jest to jednak Królewska odmiana funku, nie jest to tak typowe dla tego zespołu uczynienie obcego stylu swoim własnym. Po raz pierwszy w karierze zespół ewidentnie zgubił własną tożsamość...

Trzeba jednak przyznać, iż był to ruch odważny. Poszczególni muzycy musieli zdawać sobie sprawę, iż może on wyalienować część starej publiczności (już zaniepokojonej zmianami na THE GAME), jednak Mercury i Deacon, główni architekci tego przedsięwzięcia, zdawali się tym w ogóle nie przejmować. Deacon od dawna zainteresowany był czarnymi rytmami i popem, Freddie po dłuższym okresie pobytu w Monachium i licznych wizytach w barach dla gejów nasiąknął tą (typową wtedy dla tamtych miejsc) dyskotekową estetyką. Taylor z Mayem nie kryli niezadowolenia kierunkiem obranym na krążku, Mercury jednak najwyraźniej się nową stylistyką zafascynował. Wystarczy porównać HOT SPACE z wydanym trzy lata później jego solowym albumem MR. BAD GUY by zauważyć wiele analogii, zwłaszcza w produkcji, ale też aranżacjach... Te w niczym nie przypominały tego, co zespół wypracował na takich płytach jak A NIGHT AT THE OPERA tudzież A DAY AT THE RACES.

Krążek rozpoczyna kompozycja Mercury'ego Staying Power. Energetyczny bardzo to kawałek, niesiony „gorącym” riffem... syntezatora, lekko tylko dublowanego przez schowaną gdzieś z tyłu gitarę. Tak, czasy się zmieniały... Piosenka nie przypominała NICZEGO, co zespół do tej pory stworzył. Zamiast solo na gitarze mieliśmy sekcję dętą zaaranżowaną przez Arifa Mardina... Także dźwięk elektronicznej perkusji uroku nie dodaje... Obiektywnie trzeba przyznać, że piosenka sama w sobie zła nie jest - co udowodniły późniejsze koncerty zespołu. Utwór prezentował się na nich wręcz REWELACYJNIE. Należy jednak zauważyć, że w opracowaniu scenicznym główne skrzypce grała jednak dużo bardziej wyeksponowana gitara...!

Wróćmy jednak do płyty - kompozycja Maya Dancer nie przynosi żadnych zmian. Znowu gorący, syntezatorowy rytm, tym razem trochę więcej ciekawej gitary w refrenie (tam też trochę typowych dla Briana harmonii wokalnych), jest nawet solo (choć trzeba przyznać, że jak na Maya niezbyt porywające), ale... Tempo wydaje się być zbyt wolne (tak jak w przypadku Staying Power), aranżacja raczej wymuszona... Słychać potencjał, ale niewykorzystany. Niestety tego utworu grupa nigdy na żywo nie wykonała, więc nie do końca wiadomo czy ten potencjał tam rzeczywiście jest... Znowu, piosenka złą nie jest, ale... czy nie mamy prawa oczekiwać więcej od twórców JAZZ czy QUEEN II?

Back Chat to typowo radiowa piosenka. Bardzo chwytliwa zagrywka gitary, niosąca cały utwór, wygładzające wszystko podkłady syntezatorów, ładna melodia, chwytliwy motyw tekstu... Ładne, ale... jakby niewiele więcej. Dość ciekawe jest solo na gitarze, choć z wywiadów wiemy, że Deacon z Mayem odbyli wielką awanturę o to, czy ono w ogóle powinno tam być. Znowu - na koncertach piosenka prezentowała się o niebo ciekawiej, praktycznie dopiero na scenie zaczynając żyć swoim życiem... Uwięziona w produkcyjne karby Macka arcydziełem nie jest. No i wydana na singlu zbyt wielkim hitem nie została. To co jednak następuje po niej...

Freddie w 1981/82 roku wyraźnie zażywał uroków Monachium i bardzo odpowiadała mu bardzo otwarta tam społeczność gejowska. Muzyką królującą w tamtych barach był kipiący seksem, gorący, dyskotekowy funk zmieszany z popem, coś co najłatwiej porównać z wielkim hitem nagranym w 1984 roku przez Frankie Goes To Hollywood - Relax. No i Freddie zapragnął nagrać utwór w takiej właśnie stylistyce wraz z zespołem. Oprócz syntezatorowego motywu, perkusyjnego automatu i wyzywającego wokalu Mercury'ego nie słychać w Body Language praktycznie żadnego innego instrumentu... Dla wielu fanów bardziej tradycyjnego grania ten jeden utwór wystarczyłby, żeby od zespołu się odwrócić... Nie każdemu musi odpowiadać naładowana seksem, spełniająca wszelkie wymogi archetypowego gejowskiego przeboju stylistyka (I Will Survive, Relax, YMCA - ten utwór można postawić zaraz obok).

Action This Day to trochę bardziej rockowe oblicze tego albumu - choć trzeba przyznać iż rozpoczynające kompozycję brzmienie perkusji nie zniosło próby czasu zbyt dobrze. Bardzo źle próbę czasu zniosło brzmienie syntezatorowego saksofonu - jest okropne. Sama piosenka na pewno do złych nie należy, jest jednym z jaśniejszych punktów albumu - ale też nie jest niczym specjalnym. Gdzieś tam pobrzmiewają echa hitów Electric Light Orchestra, ale ten duet Taylora i Mercury'ego przebojem nigdy nie został.

Put Out The Fire kontynuuje tę bardziej rockową część płytki, ale ta kompozycja Maya też nie jest nagraniem klasy Now I'm Here czy It's Late. Nietypową charakterystyką jest bardzo banalny tekst (linijka People get shot by people / People with guns może śmiało konkurować o miano najgorszej w całej karierze zespołu), typowe za to są efektowne harmonie wokalne w refrenie i kilka fajnych zagrywek gitary, tak dziwnie nagle brzmiącej po ponad dwudziestu minutach albumu! Wszystko psuje jednak solo, jak na Maya niezwykle słabe... Put Out The Fire i Life Is Real połączone są wspólnym tematem - ten drugi utwór nagrany został w hołdzie zastrzelonemu dwa lata wcześniej Johnowi Lennonowi. Stylistycznie też do nagrań Beatlesa nawiązuje - nie jest jednak piosenką klasy Imagine czy Woman. Po raz kolejny nie pomaga kompozycji produkcja, czyniąc piosenkę bardziej banalną i sztampową niż ona tak naprawdę jest.

Calling All Girls jest kolejną propozycją Taylora i kolejną, która jest jaśniejszym punktem całego wydawnictwa. Jest w niej i energia, i ciekawa melodia, jest kilka aranżacyjnych smaczków (gdzieś słychać echa Toma Petty'ego) - nie jest to jednak kompozycja wybitna i sam fakt iż należy do najlepszych na płycie mówi o HOT SPACE wiele... Las Palabras De Amor jest w sumie przyjemne - ładne, dobrze skonstruowane, nie rażące niczym, ale też niczym nie olśniewające. Nijaki tekst doskonale ilustruje więc uboga aranżacja. Jak na autora The Prophet's Song jest to piosenka wręcz banalna. Cool Cat może uroczyć ładną linią basu i ciekawym brzmieniem gitary (w stylu Nile'a Rodgersa) - ale wszystko zabija monotonia i dość irytujący wokal Mercury'ego, śpiewającego wyłącznie falsetem.

Dopiero ostatni utwór na płycie pokazuje iż zespół stać jeszcze na nagranie wyjątkowo dobrych piosenek. Under Pressure to słynny duet Mercury'ego z Davidem Bowie, utwór o bardzo skomplikowanej strukturze (opartej na niesłychanie prostym riffie basu) przedstawiony jednak w niezwykle przystępnej i przebojowej formie. Obaj wokaliści wznoszą się na szczyt swoich możliwości, choć trzeba przyznać że tekst mógłby być jeszcze trochę dopracowany... No i to nieszczęsne brzmienie całej płyty, doskwierające także tutaj.

Generalnie rzecz biorąc diabeł jest nie tak straszny jak go malują. To na pewno nie jest najgorszy krążek zespołu. Na pewno budzi kontrowersje i trzeba przyznać iż był ostatnim na którym zespół zdecydował się naprawdę eksperymentować. Ale też słychać iż Queen przechodziło trudny okres - grupa podzieliła się na dwa obozy, poszczególni członkowie nieraz nie odzywali się do siebie przez tygodnie. To wszystko słychać. Płycie brakuje spójności takich albumów jak A NIGHT AT THE OPERA czy nawet THE GAME! Na longplayu znajduje się ledwie jedna wyjątkowo dobra kompozycja (Under Pressure), kilka innych kryje w sobie wielki potencjał, ale... liczy się przecież to co słychać. Na pewno nikt od HOT SPACE swojej przygody z Queen zaczynać nie powinien. W żaden sposób nie oddaje tego, czym ten zespół tak naprawdę był, jest raczej ciekawostką dziwnego okresu w historii kapeli, muzycznym skokiem w bok... Pomyłką? Zdaniem wielu fanów tak. Zespół po wydaniu płyty postanowił wziąć po raz pierwszy w historii aż rok przerwy i nigdy więcej nie posunął się do aż tak drastycznych zmian... Krążek raczej dla tych, którzy muszą mieć wszystko albo dla tych, którym estetyka lat 80. wyjątkowo odpowiada. Jeśli kochasz Thrillera - HOT SPACE też może mieć kilka ciekawych momentów... Najłatwiej jest ten album ocenić w następujący sposób - włączyć Bohemian Rhapsody i zaraz za tym utworem Body Language. Myślę, że doświadczenie byłoby bliskie temu, co czuli wierni fani zespołu na początku 1982 roku.

CIEKAWOSTKI:

O tym, że w niektórych (ale tylko niektórych!) utworach z tej płyty tkwił duży potencjał świadczą nie tylko wersje koncertowe dostępne na bootlegach bądź też na oficjalnie wydanym QUEEN ON FIRE. Wśród kolekcjonerów krąży kilka dem o dużo surowszym i bardziej... rockowym brzmieniu. Staying Power nie jest może tak dobre jak na żywo, ale gitara zamiast sekcji dętej sprawia iż piosenka brzmi bardziej „queenowo”. To samo można powiedzieć o wczesnej wersji Action This Day. Feel Like to kilkuminutowy jam, który przekształcił się z czasem w Under Pressure. Wreszcie - słynne Cool Cat z Davidem Bowie. Wbrew jednak temu, co podaje kilka źródeł David nie zaśpiewał w tej piosence - to Mack (producent albumu) dodał jakieś jego partie jako podkład. Słysząc tę wersję trudno się dziwić iż Bowie na jej publikację nie zezwolił (szykowana była jako strona B singla).

Stroną B singla Under Pressure była nie umieszczona na albumie piosenka Soul Brother, której tekst nawiązywał do wcześniejszych hitów Queen. Utwór podobno został przez Mercury'ego specjalnie napisany dla Briana i od początku nie był brany pod uwagę jako fragment płyty. Podobno istnieją: wersja Las Palabras De Amor zaśpiewana przez Briana oraz Action This Day zaśpiewane w całości przez Rogera. To mogą jednak być równie dobrze plotki...

Zobacz też: dyskusja na temat płyty na forum queen.pl

Powrót do strony głównej