The Miracle

The Miracle

Trzy lata ciszy to w przypadku każdego zespołu rockowego długi okres czasu. W dodatku mówimy tutaj o zespole wydającym wcześniej albumy z częstotliwością jeden na rok, którego poszczególni członkowie nagrywają w tym czasie solowe płyty bądź udzielają się jako muzycy sesyjni - a nawet zakładają nowe kapele (Roger Taylor i The Cross). Nie powinien więc dziwić fakt, iż pod koniec roku 1988 w prasie aż roiło się od plotek o tym, że zespół Queen przeszedł do historii. Wszystkie na szczęście okazały sie być wyssanymi z palca - muzycy po dłuższym okresie przerwy zebrali się razem z zamiarem nagrania kolejnego longplaya. Podjęto decyzję żeby wszystkie piosenki podpisać wspólnie unikając w ten sposób w końcu kłótni o pieniądze - a i o umieszczeniu piosenki na albumie miała decydować klasa utworu a nie to kto jest jej autorem. Wydawać by się mogło, że w obozie Queen nastały piękne czasy. Niestety - jedna plotka miała okazać się prawdziwa. Prasa bulwarowa od jakiegoś już czasu donosiła o pogarszającym się stanie zdrowia Mercury’ego. Z perspektywy czasu trudno nie zauważyć, że właśnie ta tragiczna wiadomość jaką otrzymali May, Taylor i Deacon sprawiła, że członkowie zespołu zbliżyli się do siebie jak chyba nigdy wcześniej. Freddie Mercury, wokalista zespołu umierał bowiem na AIDS...

Jednak w obliczu nieuniknionego zespół zdawał się powoli wracać do formy zaś nagrany materiał miał w sobie dużo żywiołowości obecnej w ostatnich latach raczej na scenie niż w studio. A przecież dookoła nagrywania tego albumu odbywały się i inne tragedie - na raka zmarł ojciec Maya, co gitarzystę niemal doszczętnie załamało; do tego jego małżeństwo się rozpadało zaś prasa namiętnie rozpisywała się o jego związku z aktorką Anitą Dobson. Tym wiekszy podziw musi wzbudzić lekkość i energia jakimi kipi wydany w roku 1989 album THE MIRACLE. Rewelacyjnie wyprodukowana przez Davida Richardsa płyta zawiera w sobie wiecej charakterystycznej gitary Maya napędzającej większośc utworów niż trzy poprzednie krążki razem wzięte. Wiadomo też, że poszczególni muzycy przynieśli do studia szkice ponad 30 piosenek! Wreszcie - niezapomniane teledyski, na których Mercury wydawał się być wulkanem energii a i kilkudniowy zarost zdawał się skrzętnie ukrywać prawdziwy stan jego zdrowia. Teoretycznie moglibyśmy mówić o naprawdę rewelacyjnym krążku - niestety, jest to płyta bardzo nierówna. Ale po kolei.

Pierwsze dźwięki automatu perkusyjnego w PARTY (którego brzmienie bardzo źle zniosło próbę czasu) nie są fortunnym początkiem. Wchodząca w połowie gitara jest bardzo porywająca i dla fanatyków tego instrumentu bedzie niezłą gratką - ale... doszukujemy się tutaj plusów niemal na siłę. Bardzo podobnie prezentuje się i kolejna - KHASHOGGI’S SHIP. Brzmienie chórków w pewnym momencie może wydać się irytujące, sam utwór zdaje się być dość topornym i sztampowym rockerem - i znowu w połowie pojawia się naprawdę rewelacyjny riff ratujący tę kompozycję od kompletnego zapomnienia. Ale czy tego tylko wymagamy od takiego zespołu jak Queen - minuty fajnego riffowania gdzieś pod koniec krótkiej i niczym nie wyróżniającej się piosenki?

Utwór tytułowy ma ciekawą konstrukcję, jest wreszcie kompozycją, która zdaje się być dopracowana od początku do końca i która dokądś zmierza. Może wydać się zbyt słodka dla niektórych - ale trudno nie zachwycić się jej wielowarstwową aranżacją. Ciekawa linia basu, ładne zagrywki gitary, napięcie rosnące aż do wielkiego finału, gdzie Brian popisuje się brawurowym tappingiem. Końcowy wspólny śpiew może jednak niektórym wydać się trochę banalny. Zaraz potem otrzymujemy jeden z lepszych rockowych utworów jakie Brian May kiedykolwiek napisał. Może i refren I WANT IT ALL nie grzeszy subtelnością, ale zespół naprawdę nieźle tutaj daje czadu (gdzieś słychać echa nagrań The Who) i nie sposób nie dać się porwać tej energii. Instrumentalny fragment - zwłaszcza ten przyspieszony - to już Queen w absolutnie najlepszym wydaniu: genialny bas, dzika perkusja, agresywna gitara. Tak porywająco panowie nie grali od lat.

Nagłe przejście z tak błogich ostrych dźwięków przesterowanej gitary Maya do syntezatorowego basu THE INVISIBLE MAN może niejednego słuchacza zaszokować. Ale w tej popowej było nie było piosence zespołowi udało się umieścić iście rockowy ogień. Tak jak wcześniej Queen w latach 80-tych całkowicie oddawało się elektronicznej stylistyce gubiąc przy tym swoje korzenie (najbardziej chyba na HOT SPACE), tak tutaj udało się połączyć stare z nowoczesnym, tradycyjne z popularnym. W dodatku karkołomne solo na gitarze Maya samo w sobie sprawia, że warto się z tym utworem zaznajomić. Podobnie ma się rzecz z BREAKTHRU. To jedna z najbardziej dynamicznych piosenek kiedykolwiek nagranych przez Królową. Niesiona przez basowy riff Deacona jest polem do wokalnego popisu Mercury’ego - a jego dialog z gitarą w drugiej zwrotce jest wręcz bajeczny. Basowe solo zdaje się piosenkę nieco wyciszać, po to tylko by porywające solo gitarowe uderzyło słuchacza z jeszcze większą mocą zaś zmieniona tonacja ostatniego refrenu staje się rewelacyjnym sposobem na osiągnięcie satysfakcjonującego finału. Po tych trzech może mało wybitnych, ale jednak dość udanych kompozycjach niestety napięcie spada. RAIN MUST FALL to kolejny rytm (tym razem pseudo karaibski) rodem z najtańszego syntezatora Casio i niczym szczególnym nie wyróżniająca się melodia; solo gitarowe może i ciekawie brzmiące - ale też chyba nikt nie zauważyłby gdyby go tak naprawdę nie było. Bądźmy szczerzy - tą piosenką nikogo nie przekonamy, że Queen było jednym z najważniejszych zespołów wszech czasów.

SCANDAL (tekst to osobiste rozliczenie sie gitarzysty z bulwarową prasą) to kolejny udany i ciekawy utwór, oparty na charakterystycznym riffie gitary. Ekspresyjny wokal Mercury’ego, wspinającego się tutaj na wyżyny swoich możliwości i dość niepokojący klimat całości to jakby zapowiedź INNUENDO. I kiedy powoli zaczynamy być jednak wprawiani muzyką zawartą na tej płycie w zachwyt - otrzymujemy kolejną bardzo przeciętną kompozycję. Funkująca ballada MY BABY DOES ME niewiele wymaga od słuchacza, zdaje się właściwie nic nie wnosić do albumu bądź katalogu zespołu. Najbardziej fanatyczni fani będą utworu bronić mówiąc o zrelaksowanym klimacie - wielu jednak słuchaczy ta piosenka może wręcz uśpić. O to, żeby ze snu skutecznie wyrwać zadba ostatnia (przynajmniej na winylowej wersji) kompozycja na tym krążku. Zdecydowanie najlepsza piosenka na płycie, WAS IT ALL WORTH IT jakimś cudem nie zostało nigdy wydane na singlu, co zakrawa na jedną z najdziwniejszych decyzji w karierze zespołu. Klimatyczny wstęp prowadzi do jednego z absolutnie najwspanialszych riffów jakie kiedykolwiek wyszły spod palców Maya; utwór jest autobiograficzną opowieścią o losach zespołu, trudnościach napotkanych w drodze na szczyt i pytaniem czy to wszystko rzeczywiście warte było zachodu - na które to pytanie Mercury pod koniec udziela zdecydowanie twierdzącej odpowiedzi. Krótki i surrealistyczny syntezatorowy fragment instrumentalny (nie każdemu musi przypaść do gustu) jest wprowadzeniem do absolutnie porywającego, ostrego finału. Te pięć minut (a już zwłaszcza ostatnia) to niesamowity powrót do formy i klasy jaką zespół prezentował ostatnio ponad 10 lat wcześniej. Gdyby taki poziom prezentowała reszta - mielibyśmy jedną z lepszych płyt w katalogu grupy!

Dwa kolejne premierowe utwory dodane zostały do wersji CD tego albumu. HANG ON IN THERE to mógł być dość ciekawy rockowy numer. Klawisze budują tajemniczy i niepokojący klimat, przed refrenem całość nabiera tempa i mamy kolejne niezłe solo na gitarze - szkoda tylko, ze zaraz po nim utwór idzie riffując kompletnie do nikąd, jakby zabrakło pomysłu bądź czasu na dopracowanie; także maniera wokalna Freddiego w tym utworze może zirytować. No i CHINESE TORTURE - krótkie, kąśliwe solo Maya na tle „maszerujących” klawiszy. Dla kilku maniaków gitary będzie to fajna ciekawostka, dla wielu innych jeden z najbardziej trafnych tytułów w historii zespołu. Chińczycy słynęli przecież z umiejetności w zadawaniu bólu - May zdaje się im tutaj dorównywać.

Mamy do czynienia z płytą bardzo nierówną. Obok kipiących energią (ale z jednym wyjątkiem zdecydowanie mało ambitnych) kompozycji mamy tutaj kilka typowych „zapychaczy”, utworów jak na Królową wyjątkowo mało interesujących. Na pewno cieszy brzmienie gitary Maya - dla jego fanów płyta może być całkiem udaną propozycją. Na pewno powinien cieszyć powrót do bardziej rockowego grania i własnych korzeni - choć należy podkreślić, że popu i elektroniki na tym krążku ciągle jest dużo. Ten album to niejako łącznik między kompletnym zagubieniem na A KIND OF MAGIC a artystycznym łabędzim śpiewem jakim dwa lata później było INNUENDO - i jako taki dla fanów będzie zawsze bardzo ważny. Ale czy polecać go komuś zaczynającemu swoją przygodę z Queen? Prawie wszystkie wyróżniające się tutaj utwory znajdują się na składance GREATEST HITS 2 - choć obiektywnie należy przyznać, że te dwa pominięte są tymi najlepszymi. Nie jest to jednak płyta która wpisała Queen w poczet największych zespołów w historii muzyki rockowej. Może być niezłą propozycją dla kogoś słuchającego na codzień popu - niejako przemyca bardziej rockowe brzmienie, ale do poziomu tych największych osiągnięć Królowej jednak jej dość daleko.

CIEKAWOSTKI:

Zespół w końcu użył kilku kompozycji, które uznał za zbyt słabe jako strony B singli - i tak fani mieli okazję usłyszeć ciekawą bluesującą balladkę STEALIN’ opartą głównie na dźwiękach basu i gitary akustycznej, zaśpiewane przez Taylora pop-rockowe HIJACK MY HEART (bardzo typowe w brzmieniu dla jego solowych dokonań) i dość bezpretensjonalną piosenkę pop Deacona MY LIFE HAS BEEN SAVED. Dociekliwi zauważą, że ten ostatni utwór pojawia się na albumie MADE IN HEAVEN, jest to jednak zupełnie inna aranżacja. Nie można nie dodać - ciekawsza; można się doszukać echa mniej znanej „filmowej” wersji A KIND OF MAGIC. Jeżeli do kompletu stron B poszczególnych singli dodamy koncertowe, wcześniej nie wydane wersje MY MELANCHOLY BLUES (Houston 1977) i STONE COLD CRAZY (Rainbow 1974) - nie należy się dziwić, ze dla kolekcjonerów małe płytki z tamtego okresu stanowią wielką gratkę. Nie zapominajmy także o kilku całkiem ciekawych, wydłużonych remixach, tzw. wersjach EXTENDED. O ile BREAKTHRU i THE INVISIBLE MAN (dodane także do wersji CD płyty) niewiele wnoszą nowego i generalnie raczej tylko utaneczniają te utwory - tak już 12-to calowa wersja SCANDAL warta jest poszukiwania. Również posiada bardziej wyeksponowany rytm - ale też kilkanaście sekund dodanego gitarowego solo fanatyków talentu Briana Maya wprawi w prawdziwe osłupienie; niemal pękają struny...!

Na osobną uwagę zasługują piosenki nigdy nie wydane. Część z nich pozostaje ciągle w Archiwum zespołu i czeka na swój debiut na już od prawie 10 lat zapowiadanym Box Secie. Trzy teksty Mercury’ego ciągle są nie potwierdzone jako istniejące dema: EVERYBODY NEEDS SOMEBODY, HAD TO BELIEVE ME i IN SEARCH OF LOVE. Trzy inne nie wydane utwory przy niewielkim nakładzie sił mozna odnaleźć w odmętach internetu w wersjach demo - melodyjne I GUESS WE’RE FALLING OUT, solidne rockowe DOG WITH A BONE (nagrane jako prezent dla Fan Klubu, z pozdrowieniami od poszczególnych członków zespołu na końcu) i fortepianową balladę A NEW LIFE IS BORN - wstęp do BREAKTHRU był właśnie częścią tej ostatniej piosenki. Wreszcie dość powszechnie dostępne są dema nad którymi zespół pracował w tamtym czasie. TOO MUCH LOVE WILL KILL YOU (kolejny utwór opracowany przez zespół na nowo na płytę MADE IN HEAVEN), THE INVISIBLE MAN (z wyciętym później fragmentem melodii - ale istnieje też inna wersja, z Rogerem na wokalu), zaśpiewane w całości przez Briana I WANT IT ALL, 12-minutowe jam session na temat STEALIN’ czy A FIDDLY JAM (wczesna wersja HANG ON IN THERE) należą do tych najciekawszych.

Zobacz też: dyskusja na temat płyty na forum queen.pl

Powrót do strony głównej